wtorek, 11 października 2011
ciuf ciuf !!!
Najpierw powoli jak żółw ociężale, ruszyła Oleńka do pracy ospale Hej ho, hej ho, do pracy by się szło...
Notka poniższa w acłości powstała 6 czerwca, znalazłam ja dzisiaj na pracowym kompie :)
Późną wiosną poszłam do pracy. Roczna przerwa robi swoje, a godzinne dojazdy z przesiadką też nie pomagają. Choć prace swoją obecną lubię, napada na mnie zrywami – albo nie mam za bardzo, co ze sobą zrobić, albo nie wiem, od czego zacząć, bo wszystko jest na zeszły tydzień. Mało jest tego pośrodku. Niestety pomimo własnego pokoju jednak nie mam żadnej „zasłony", która by mnie nieco kryła przed wzrokiem każdego wchodzącego. Kilka osób jakoś się poukrywało – widać, że system projektowy przy organizacji konferencji wychodzi sam z siebie. Nawet, jeśli jest do tego jakaś inna atrakcja od czasu do czasu (trzy dni spędziłam w magazynku robiąc inwentaryzację dóbr gadżetowych; radośnie przychodziłam do pracy w bojówkach i biegałam sobie boso; składałam długopisy siedząc na podłodze; ale to ciągle dygresja). Posiadanie w końcu własnych pieniędzy obudziło we mnie żądzę kupowania. Chęć to za delikatnie powiedziane. Staram się nie dać zwariować, choć szafa też wygląda znacznie mniej „pracowo" niż kiedyś. Albo tak się tylko tłumaczę.... ***************** Swego czasu szykując się na rozmowę kwalifikacyjną poprosiłam Takiego Jednego, żeby wcielił się na chwilę w role surowego rekrutera. Zapytał więć „Co pani robiła przez ostatni rok?" A ja nie myśląc chyba wcale odpowiedziałam z mocą „Kanapki!". Codziennierano(no, prawie codziennie) wstawałam przed 7, żeby zrobić najlepsze kanapki, na jakie było mnie stać. Były to więc - bez fałszywej skromności – kanapki prze-smakowite. Zwykle każda inna, planowana już poprzedniego dniapo południu.Żyłam sobie przez rok od obiadu do obiadu
czwartek, 08 września 2011
szczyptę nudy poproszę
W kwietniu po ponad rocznej przerwie podreptałam radośnie do pracy. Radośnie nie jest tutaj słowem użytym sarkastycznie, o nie. Kilka dni nudy (wdrażania), spokojne wakacje. Jesień - pełnia sezonu konferencyjnego... Mam tyle pracy (68 maili, 10 punktów na kartce „to do NOW”), że usiadłam złapałam się za głowę. Potem zakryłam oczy i podglądam co chwile czy sobie może coś poszło ode mnie i nie będę musiała czegoś zrobić. A że szybciej by było zabrać się po kolei za to co mam do zrobienia? No cóż….
Biorąc pod uwagę dodatkowe atrakcje pozapracowe (dom sprzedać, dom kupić, zdobyć kredyt, wyjść za mąż - szybciej, bo dla kredytu, dopilnować Brata w nowej szkole plus to co zwykle) stwierdzam przegrzanie obwodów po prostu.
niedziela, 10 kwietnia 2011
Kaprys
W połowie marca, biegając w deszczu, po urzędach, O chłodzie i głodzie. Trafiłam do miejsca ,w którym nie byłam od lat całych – baru mlecznego Kaprys. Kaprys działa chyba już dobre 10 lat. Dla mnie ponowna wizyta tam była wręcz sentymentalna – pół liceum i całe studium obiadowania. Z moim gołąbkiem w sosie pomidorowym (1.98 PLN) zasiadłam nawet przy tym samym stoliku, co zwykle. Od momentu przekroczenia progu miałam tak szeroki uśmiech na twarzy, że miałam kłopoty z jedzeniem. Było cicho jak w bibliotece, pora zdecydowanie przed obiadowa, więc w całym barze było tylko czterech starszych jegomości i jedna pani kontemplująca swój klops w sosie. Nawet panie w kasie były chyba te same (a jedna na pewno, niektórych ludzi nie da się zapomnieć). Nie wiem czy to kwestia wieku, doświadczeń czy paskudnej pogody. Nigdy nie sądziłam, że wizyta w barze mlecznym może zostać podciągnięta pod „podróż sentymentalną”. A dziś obiad w Kaprysie dla wszystkich. TJeden, Brat i ja raczyliśmy się pyszną ogórkową, schabowymi, naleśnikami, surówkami, a nawet kompotem – i to wszystko za 30 PLN, ach Mogę napisać, że czas się w Kaprysie zatrzymał, i byłaby to prawda. Zwykle jednak ma się wówczas na myśli czasy PRL. Cóż, kaprys jest na to zdecydowanie za młody, ale jak większość szanujących się barów mlecznych trzyma fason i od dnia powstania miał tylko malowanie – jedno ;)
środa, 09 marca 2011
Odkrycia potrzebne i nie
Odkryłam Bibliotekę Publiczną przy ulicy Koszykowej w Warszawie. Biblioteka zapewne nie czuła się w potrzebie bycia odkrytą, w końcu jest w tym samym miejscu już jakieś półwieku. Za to ja byłam w głębokiej potrzebie odkrycia biblioteki. Wyrobiłam sobie kartę czytelnika i pognałam na II piętrowo Czytelnii. Centralnym miejscem Biblioteki przy Koszykowej jest czytelnia właśnie. Ktoś może się z tym nie zgodzić, ale opis jest całkowicie subiektywny. Cisza i atmosfera skupienia, a co ważniejsze brak pokus internetowo-domowych! Jestem przekonana, że gdyby nie Biblioteka przy Koszykowej, nie skończyłabym studiów! A na pewno jeszcze nie teraz.
* * * * *
Okazuje się również, że biblioteka to miejsce na podryw. Kiedy bowiem siedziałam sobie z gorącą kawą i słodką bułką rozkoszując się przerwą podszedł do mnie pewien Jegomość. Na około późna trzydziestka, łysawy i sprawiający wrażenie, że jeszcze nie wie, do czego służy świat. - Przepraszam, czy można zaczepić? – zagaił niewyraźnie idąc w stronę mojego miejsca na parapecie - Słucham? – zapytałam, bo nie byłam pewna co usłyszałam, ale zrozumiałam, że Jegomość potrzebuje jakiejś wskazówki. - Czy można panią zaczepić? - A o co?- spytałam tylko w duchu. Głośno powiedziałam , że owszem, można. Ciągle z nastawieniem udzielenia pomocy zbłąkanemu czytelnikowi usłyszałam. - To skoro można zaczepiać, to może pójdziemy na kawę? - Mam już kawę - pomyślałam, a na głos powiedziałam tylko – Słucham? - A może ja już zaczepiałem? Często tu przychodzisz? - Nie i tak, ale kawy i tak nie będzie - Na pewno? Znam się na kawie – zawiedziony, ale próbuje nadal - Na pewno, dziękuję – ciągle z uprzejmym uśmiechem, który zaczyna mi już schodzić z twarzy - Aha, no trudno. Ależ, co to pani czyta? Książka, z tym mordercą? – w oczach po raz drugi pojawiły mi się pytajniki. Jakim mordercą? Spojrzałam na moją bieżącą lekturę – „Blondynka na Kubie”, Che Guevara na okładce, no tak. - Nie sądźmy książki po okładce – powiedziałam jak najbardziej dobitnie i poszłam, bo skończyłam kawę, a bez kawy nie ma przerwy. Nie mam nic przeciwko szukaniu bratniej duszy w bibliotece, ba ja to nawet pochwalam. Tylko sposób, w jaki Jegomość do mnie podszedł, zagadał. Było takie jakieś bez siły przebicia, nie odczuwałam specyficznego zadowolenia z siebie, tego połechtania mojej próżności kobiecej. Nie wiem czy chodziło o niego samego, o sposób. Panowie, do nas trzeba z powerem :) to integralny składnik Waszego nieodpartego uroku osobistego.
czwartek, 16 grudnia 2010
znaczy tęsknić
W innym znaczeniu słówko „miss” oznacza, ze czegoś już nie mamy – One piece is missing. Zdaża się, że po włamaniu mówimy – Nothing is missing. Ale to niezbyt częsta sytuacja. Czasem to co utracone uda się nam odzyskać, bywa jednak, że coś się bezpowrotnie zmieniło. Nasze „tęsknię” może być tak nostalgicznie przeciągnięte. To zasługa pierwszej sylaby. Po angielsku jest krócej, niby konkretniej, ale z tym podwójnym „s” na końcu może być takie nieskończone. Tęsknimy, bo kogoś nie ma przy nas. Może to być tylko na chwilę, może to być stan już na zawsze. I tak będziemy tęsknić. Przez chwilę myślałam, że – Miss my train, odbierze romantyzm angielskiego „miss” i zepsuje mi nastrój „tęsknię”. Jednak to, że ktoś nie złapał swojego pociągu, spóźnił się, być może nawet minął po drodze na peron, sprawiło, że poczucie minięcia się z kimś, niemożność bycia w tym samym miejscu, nazwałam tęsknotą. I nie ważne czy tęsknimy za czymś, co było, mogło być lub nigdy nie miało mieć miejsca. Za każdym razem czegoś nam brakuje.
poniedziałek, 13 grudnia 2010
Dostałam
Dostałam ofertę pracy. Po tylu miesiącach spędzonych w domu, był to istny balsam dla mej duszy. Zapowiedź zawodowej gimnastyki umysłowej, której tak mi brakowało. Ofertę dostałam ja na profil na GL, więc kojarzyła mi się znacznie lepiej od tych, na które sama się wysyłałam. Nie była to praca marzeń, ale miesiąc umowy zlecenia nie brzmiał na tyle zobowiązująco by nie spróbować. Dostałam w twarz. Piętą pędzącą z szybkością „di compaso”. Pięta należała do kolegi. Do mnie należało wykonać odpowiedni unik. Każdy wiedział, co ma robić, po czym i kiedy. Zamiast zgrabnego przejścia siadłam okrakiem na podłodze i przyglądałam się jak nieświadomy sytuacji kolega wykonuje kolejne ruchy. Doskonale wiedziałam c zaraz nastąpi. Siedziałam i patrzyłam jak jego stopa pokonuje trajektorię w połowie której była moja głowa. Wystarczyło się uchylić, tylko trochę. Teraz wiem, że można siedzieć i czekać na coś, co jest łatwe do uniknięcia i co najmniej nie miłe w skutkach. Dostałam rachunek kończący moją pracę. Mam, więc za sobą najkrótszą karierę firmową. Całe cztery dni, w tym dwa dni wypisywania zaproszeń i pakowania listów na doroczny event dla klientów. Dnia czwartego miałam napisać mail potwierdzający rejestracje w ww wydarzeniu oraz przygotować raport o tych, co się zarejestrowali. Mail napisałam jak najprostszy i uprzejmy – ma nie zajmować czasu i miejsca. Po pierwszym szkoleniu przykleiłam się do raportów. Nie poszłam na drugie szkolenie by się wyrobić – w końcu takie samo szkolenie będzie za tydzień. Na koniec dnia dowiedziałam się, że jestem za mało zaangażowana w firmę, bo się nie szkolę i nie napisałam ładnego maila. Po raz pierwszy ktoś zarzucił mi brak zaangażowania. Czasem słyszałam, że angażuję się za bardzo. Hmmm Dostałam depresji. Przynajmniej według Kuzynki Magdy. Zwykle uważałam, ze tarot nieco przesadza z tym czarnowidztwem. Tym razem doszłam do tego samego wniosku, choć spadkom parametrów zadowolenia ze świata i siebie nie mogę zaprzeczyć. Udałam się zatem z wizytą do Pani Korol. Czekam na efekty grzebania sobie w podświadomości. Dostałam wytyczne uzyskania zaliczenia i egzaminu z geriatrii.
Nie wszyscy chcą naszych pieniędzy
Konkretnie nie chce ich pewna polska firma kosmetyczna. Kupiłam kosmetyk kolorowy. Po kwadransie doszłam jednak do wniosku, iż drugi kosmetyk kolorowy, który miałam do wyboru byłby wygodniejszy w użyciu. Był droższy o 11 PLN, ale ze względu na wydajność różnica nie wydawała mi się wygórowana. Udałam się z powrotem do sklepu firmowego i wyjaśniłam pani powód mojej ponownej wizyty. Niestety zwrotów nie przyjmują. - Ale nie chcę zwrócić, chcę kupić droższy produkt. - No tak, ale nie przyjmujemy zwrotów. Gdyby cena była taka sama, owszem. W tej sytuacji nic nie mogę zrobić. Wiem, że pani zza lady nie ma wpływu na system kasowy. Niemniej firma byłaby bogatsza o moje 11 PLN. Zakładam, że nie jestem jedyną osobą, która chciała coś wymienić jeszcze przed użyciem, tego samego dnia. Nie obrażam się, mam w portfelu o 11 PLN więcej. Zastanawia mnie tylko rezygnacja z pieniędzy klienta. Chyba, że jest inny czynnik w całym systemie, którego nie biorę pod uwagę, a który powoduje, iż taka strategia jest opłacalna.
czwartek, 16 września 2010
Sznury, baty i inne radości
Wróciliśmy z Katowic, gdzie w tym roku miało miejsce Batizado e Troca de Corda. Brat i ja ledwo żywi, ale przeszczęśliwi. Brat z nowiutkim pierwszym sznurem, ja z tym samym z którym wyjechałam, nieco już spłowiałym. Jesteśmy zieloni i zadowoleni. Poobijani i przezadowoleni.
Z racji nie zdawania na kolejny stopień dostałam do ręki aparat z bojowym zadaniem zrobienia zdjęć właścicielowi, gdy ten będzie zdawał. Ponieważ lubię robić zdjęcia dostałam aparat do dyspozycji na resztę ceremonii przyznawania kolejnych sznurów. Zapełniłam dwie i pół karty pamięci. Podobno miały dużą pojemność, szczegółów nie znam :) Po właściwej części oficjalnej nastąpiła właściwa część rozrywkowa – impreza dla tych, co w capoeirę grają. Wytrefnione i w bardzo zabawowym nastroju udałyśmy się do „Oka Miasta”. Tam większość już pląsała na parkiecie. Wiadomo, iż capoeira bez muzyki nie istnieje, więc i capoeristas z muzyką i tańcem są za pan brat. Tańczyłam radośnie i równie beztrosko mieszałam alkohole – dobrze, że trzymałam się tradycji, iż w połowie imprezy przestawiam się na pepsi – bez alkoholu za to z cytryną.
Zamawiając swoją pierwszą porcję pepsi dopomniałam się o cytrynę. Barman z szerokim uśmiechem dał mi LIMONKĘ. Gdyby nie hałas spytałabym o „Chłopaków Anansiego” Gaimana. Sprawiło mi to taką radość, że chciałam lionkę zabrać ze sobą do domu – byłabym Dziewczyną z Limonką!! Limonka została w końcu na barze, nie miałam gdzie jej schować, a to była połowa imprezy…
Tańczyłam ze wszystkimi, którzy chcieli bez względu na płeć, wzrost i kolor sznura. Tańczyłam nawet z Sebą, który docenił poprawę mojego balansu, więc już nie rozbijaliśmy się o ściany i podłogę jak to drzewiej bywało :) Obiecał, iż będzie mnie egzaminował na żółtą cordę, Brat też ma już obiecaną solidną grę na kolejny sznur.
W niedzielę koło południa ci, którzy byli w stanie doczłapać do Spodka, poczekali na tych coczłapali po imprezie nieco wolniej, by po rozgrzewce ustawili ogromną roda, na 7 par chyba. Energia przy takich okazjach jest zwielokrotniona o każdego, kto prezentował nowy stopień zdobyty dzień wcześniej. System był kacowy – każdy chciał zagrać, więc średnio udawało się w grze spędzić jakieś 20 sekund, potem wchodził kolejny chętny. Można więc było nadwątlone siły zregenerować i zagrać znowu. Energia i entuzjazm udzieliły mi się w takim stopniu, iż przerwy pomiędzy kolejnymi grami były coraz krótsze, a i jakoś więcej ludzi miało ochotę ze mną zagrać. Dopiero pod koniec podliczyłam siniaki. Obolałą stopę i pęknięty paznokieć zauważyłam dopiero, gdy ktoś zwrócił uwagę, iż brudzę wykładzinę krwią…cóż bywa. Moim endorfinom nie zrobiło to specjalnej różnicy. Skarpetkom w których wracałam do domu - już tak.
poniedziałek, 06 września 2010
Według planu
regeneracja po katowickim Batizado przebiegała pomyślnie, gdy całkowicie bez ostrzeżenia zdzwonił domofon. Głos w słuchawce poinformował, iż ma dla mnie listy polecone i do tego cztery. Po kilku minutach w dżwiach pojawił się właściciel głosu - sympatyczny straszy pan. Okazało się, że poza głosem i budzącą zaufanie fizjonomią ma też nieświeży oddech. Listy wbrew oczekiwaniom nie były listami przekierowanymi z adresu w Stalowej Woli. okazały się być pismami sądowymi ze Stalowej Woli. Pismami z Wydziału Ksiąg Wieczystych. Ucieszyłam się bardzo, po czym bardzo szybko otwarłam pierwszą kopertę i bardzo powoli udało mi się znaleźć potrzebne informacje. Zagmatwane tabelki poinformowały mnie, że wniosek został pozytywnie rozpatrzony i jesteśmy z Bratem właścicielami domu i działki. Hurra Usiadłam zadowolona, że zrobione i że można wystawić dom na sprzedaż. Rozpłakałam się gdy dotarło do mnie, że NAPRAWDĘ można wystawić dom na sprzedaż. Bucząc w najlepsze zadzwoniłam do Takiego Jednego, żeby też wiedział, ze tym razem wniosek był ok i jesteśmy krok bliżej do własnego domu. Ucieszył się, od razu wiedział, że choć sama się cieszę, do śmiechu mi nie jest. Rozłączyłam się jak najszybciej. Wypłakałam i już było po. Pisma leżą na stole, a ja boję się je przełożyć, żebym nie zapomniała po co są mi potrzebne. Chciałam jeszcze Wszystkich Świętych spędzić w domu rodziców, tak po raz ostatni. Teraz nie wiem. Grunt, że do przodu. Grunt, że po naszej myśli. Grunt, że według planu.
|
Archiwum
Ostatnie wpisy
Zakładki:
A od Niego się zaczęło
Inne, gdzie bywam sobie czasem
|